Rajd Znienacka - Topimy Marzannę na Koszwicach

Ireneusz Ludwig włącz .

Grupa Rajdowa Koszwice na starcieDziś wyruszamy pożegnać zimę, a dosłownie – utopić ją. Na Koszwicach topią Marzannę, jedziemy więc dopilnować, żeby wszystko zostało zrobione, jak należy. Początek rajdu jak zwykle koło Biedronki. Słońce fajnie przyświeca, jest niemal gorąco, jak na tę porę roku, pogoda zachęca do spacerów i nasze grono z minuty na minutę rośnie. Jest nas prawie dziesięciu, a pocztą pantoflową dowiadujemy się, że z Kolonowskiego wyjeżdża druga grupa i zamierza spotkać się z naszą na Koszwicach. Będzie więc rajd gwiaździsty.
Nie czekając dłużej zabieramy się do drogi. Mamy godzinę czasu, żeby zajechać na Koszwice, ruszamy więc w stronę Świerkli, po drodze mijając Manhattan i powstające za nim nowe osiedle domków jednorodzinnych. Przejeżdżamy przez most na Małej Panwi i lądujemy w lesie. Rowery lekko podskakują na kamieniach, ale nie zwracamy na to uwagi, bo dziś mamy wytrawną grupę rowerzystów, którym nie straszne leśne wyboje. Wkrótce zresztą skręcamy w boczną dróżkę, znaną wszystkim grzybiarzom, którą zazwyczaj jesienią jeździ się właśnie na grzyby, i tu jest jeszcze bardziej „lesiście”. Dziś możemy co najwyżej porobić na nie dziury, ale nie mamy na to czasu. Grzyby pewnie i tak wyrosną. Rozglądamy się dokoła szukając wiosny i w rzeczy samej, las powoli zaczyna się zazieleniać. Na razie jeszcze nieśmiało, jakby nie do końca zdecydowany, ale spod spodu czuć czające się życie czekające tylko na dogodną chwilę, by wychynąć.


Boisko przy OSP KoszwicePrzemierzając tak leśny dukt dojeżdżamy do asfaltu – to droga z Zawadzkiego na Koszwice. Stąd już prawie widać cel naszej wycieczki, więc rozkoszujemy się jazdą po gładkiej szosie. Słońce świeci nam prosto w plecy i niemal przypieka. Po chwili dojeżdżamy do łąki, gdzie kończy się nasze województwo i zaczyna sąsiednie. Nie sposób przeoczyć tego miejsca, równo z granicą droga nabiera jakby nowego wymiaru, zupełnie jak kiedyś, kiedy wjeżdżało się przy Olszynie z polskiej betonówki na niemiecką autostradę. Tutaj przeskok jakości jest podobny. Korzystamy więc z tej „autostrady” i powoli dojeżdżamy do Koszwic. Po lewej stronie wyłaniają się zaparkowane na poboczu auta, za nimi dawny wiejski klub, dzisiaj Koło Gospodyń Wiejskich, a tuż przy nim boisko, arena dzisiejszej imprezy. Na boisku ułożony tor przeszkód, miejsce na zaplanowane atrakcje dla najmłodszych i nie tylko, nieco z boku pali się ognisko, a nad nim rozłożony ogromny grill i apetycznie kuszące kiełbasy. Po drugiej stronie rozłożone stoisko z naleśnikami, i hotdogami, a tuż obok galeria Marzann. Z tyłu mrugają czerwone wozy Ochotniczej Straży Pożarnej, gospodarza dzisiejszej imprezy, a wśród tych wszystkich rekwizytów mnóstwo licznie zgromadzonej młodzieży.
Idziemy topić MarzannęZajechaliśmy w samą porę. Wodzirej zgromadzenia zbiera wokół siebie drużyny strażackie i przechodzi do sedna. Po krótkim przywitaniu zgromadzonych na arenę wjeżdża przenośny katafalk, na którym ląduje specjalnie na tę okazję przygotowana Marzanna. Nawet nie protestuje, z góry godząc się na zgotowany jej los. Młodzi strażacy wyprowadzają ją na drogę i ruszają w stronę rzeki. Za nimi formuje się długa kolumna znudzonych zimą mieszkańców Koszwic i nie tylko, my także dołączamy do procesji i ruszamy za nimi. Pochód zamyka wóz bojowy straży na niebieskich sygnałach i nie ma siły, która by nas powstrzymała przed zatopieniem zimy.
Kulminacja - Marzanna ląduje w wodzieZmierzamy w kierunku pobliskiego mostu na Lublinicy, po drodze spotykamy drugą część naszej grupy, która właśnie dojechała z Kolonowskiego. Skręcamy w prawo i po chwili zatrzymujemy się przy moście, na którym zaplanowano dokonanie egzekucji. Wodzirej podnosi Marzannę wysoko nad głową, pokazuje wszystkim dokoła i głośno skanduje „żegnaj zimo, witaj wiosno!”, młodzież wtóruje i wreszcie nieszczęsna Marzanna ląduje w wodzie. Powoli spływa w bliżej nieokreśloną dal, a my zadowoleni, że wreszcie otworzyliśmy drzwi dla skrywającej się po kątach wiosny, możemy wracać na boisko, gdzie czekają nas pyszności przyrządzone przez koszwickich gospodarzy.
Grupa rajdowa Znienacka na KoszwicachPo powrocie robimy sesję zdjęciową przy pozostałych przy życiu Marzannach, a strażacy wybierają „miss”. Najlepsze Marzanny zostają nagrodzone i nadchodzi pora na zawody zręcznościowe. Na pierwszym planie przeciąganie liny, które choć z początku nie wzbudziło większego zainteresowania, to zbiegiem czasu gromadzi coraz więcej uczestników, widzów i emocji. Dyscyplina jest niezwykle wciągająca i szybko z oficjalnego konkursu przeradza się w nieoficjalną walkę pomiędzy spontanicznie tworzącymi się grupami.

Przeciąganie linyAmbicje zaczynają brać górę „co, ja nie dam rady?” i zabawa się rozkręca. Za linę robi kawałek strażackiego węża i zapewne zdziwiony jest dzisiejszym zastosowaniem, bo zazwyczaj przyzwyczajony jest do nieco innego wykorzystania. Po wszystkim patrzymy na trawę, a tam jakby stado dzików przeszło – nic tylko wpuścić przeciągaczy liny na pobliskie pola i wiosenna orka załatwiona.
Hania walczy z ogniemNieco obok młodzi sympatycy fojermanów mogą zakosztować smaków strażackich akcji. Na specjalnie przygotowanej trasie muszą w pełnym ekwipunku pokonać trasę przeszkód, jak podczas prawdziwej akcji, targając na plecach ciężką atrapę butli tlenowej, z kaskiem na głowie, goglach na oczach muszą przebiec pod na wpół zawalonym przejściem, ominąć slalomem przeszkody, podnieść ciężki zawór wodny i dostarczyć go w wyznaczone miejsce, potem złapać sikawkę i zgasić ogień, a to wszystko pod dyktando dowódcy krzyczącego nad uchem, co i gdzie należy teraz robić i jeszcze przy tym wszystkim utrzymać równowagę i się nie wywalić. Zupełnie jak podczas prawdziwego pożaru, gdzie strażakom nieraz zdarza się uczestniczyć w akcji nic nie widząc, słuchając tylko rozkazów dowódcy.
Coś dla duszy, coś dla ciałaW takiej właśnie akcji uczestniczy też nasza Hania. Ubrana w butlę, kask i okulary omal nie upada pod ich naporem, ale po chwili odzyskuje równowagę i gotowa jest do akcji. Uwaga! Trzy, dwa, jeden, start i Hania rusza. W jakiś sposób trafia w foliowy tunel, w ostatniej chwili udaje jej się schować głowę i przebiega na drugą stronę. Tutaj czeka na nią slalom, który pokonuje niczym pijana pszczoła, dopada ciężki zawór, próbując go podnieść przekonuje się, że wcale nie jest taki lekki, na jaki wygląda, ale trzeba go dostarczyć na pobliską ławkę, bo tam już na niego czekają, o ogień, wprost przeciwnie, nie czeka wcale. Z wielkim wysiłkiem podnosi go i ustawia na przeznaczonym miejscu, ale jest, udaje się. Dobra, teraz szybko do sikawki. Podbiega do armatki, podnosi ją i kieruje na ogień, ale gdy z armatki wystrzela woda, Hanię odrzuca do tyłu i szarpie na wszystkie strony. Hania jednak się nie poddaje, łapie za sikawkę jeszcze mocniej i kieruje na cel – ogień zostaje ugaszony. Uff, udało się. Można zdjąć ten ogromy hełm, można zdjąć te zaparowane okulary i zrzucić z pleców ciężką butlę. Ogień ugaszony.
Wygląda na to, że z Hani byłby całkiem, a całkiem strażak.
Koszwicki poczęstunekPo akcji z ogniem siadamy obok boiska i zajadamy się kiełbasami z ogniska. Gospodarze imprezy częstują nas hotdogami, naleśnikami, po chwili na stole ląduje nawet talerz z kołoczem. Do tego kawa, herbata i całkiem miła, swojska atmosfera. Impreza pod każdym względem wspaniała.
W drodze powrotnejMoglibyśmy tu tak siedzieć i siedzieć, ale czas niestety goni i pora wracać do domu. Wsiadamy więc na rowery i jedziemy, tym razem w stronę Kopiny, bo nie chcemy, aby kolonowska część grupy znów jechała sama. Odprowadzimy ją aż na Kocią Górę. Przez całe Koszwice jedziemy eleganckim, asfaltowym dywanikiem, który kończy się dopiero w lesie i tutaj czeka na nas taki trochę tor przeszkód. Nie ma może kamieni, ale za to wjeżdżamy w łachę piachu i co niektórzy muszą go przejść pieszo. Trochę to wymaga wysiłku, ale po jego pokonaniu wjeżdżamy na kolejny asfalcik, którym jedziemy już aż do Pietraszowa. Tutaj znów wjeżdżamy na wertepy, bo nie chcemy korzystać z ruchliwej drogi Dobrodzień – Zawadzkie i po chwili wyjeżdżamy na Liszczoku. Na Liszczoku na chwilę zatrzymujemy się przy stawie i patrzymy, czy nasza Marzanna zdążyła już do niego dopłynąć, ale chyba nie, bo nigdzie jej nie widać, jedziemy więc dalej i wyjeżdżamy na „S”-ach przy Kociej Górze. Tutaj grupa z Kolonowskiego oddziela się i jedzie do siebie, a my przebijamy się na rondo i kierujemy do domów. Piotrek jedzie odprowadzić grupę z Kolonowskiego i wraca po ciemku jako ostatni.
Rajd dobiega końca, a my zostajemy nowym pomysłem na przyszły rok – następnym razem przywieziemy do Koszwic swoją Marzannę.