Rajd Niespodzianka z przygodami

Ireneusz Ludwig włącz .

Grupa Niespodzianka w pełnej krasieMiałby być przygody? I były. Plan imprez się trochę pozmieniał i w tym terminie miało być co innego, ale nie wyszło. Prezes wpadł więc na pomysł, by zorganizować coś nowego i tak wyszedł Rajd Niespodzianka – Kolarski Rajd z Przygodami.

Na starcie pod kinem w Zawadzkiem stawiło się kilkunastu uczestników i parę minut po dziewiątej wyruszyliśmy w trasę. Trochę niecodziennie, bo inaczej niż zwykle, przejechaliśmy obok starego kościoła, minęliśmy dawne biura Izostalu, wyjechaliśmy przed cmentarzem na główną drogę i wreszcie objeżdżając rondo wjechaliśmy do lasa. No, może niezupełnie, bo w las skręciliśmy dopiero za „S”-ami, a do tego czasu na wąskiej, asfaltowej drodze zdążył się za nami uzbierać sznurek samochodów, w tym nawet autobus. Za „S”-ami skręciliśmy w prawo i tu odetchnęliśmy z ulgą – nareszcie na łonie natury, z dala od aut, przy pięknej, słonecznej pogodzie. Wjeżdżamy więc w znane nam oblicza zawadczańskiej natury i jej nie poznajemy. Tu, gdzie jeszcze niedawno rósł las, wyziera pusta przestrzeń. Daleko, gdzieś na horyzoncie widać stare drzewa, ale wyglądają jakby inaczej. Czy to na pewno jeszcze nasze stare, dobre lasy, które znaliśmy od małego? Czasami trudno się nawet zorientować, w którym jesteśmy miejscu. Wycinki, jakie nasze lasy przeszły ostatnimi laty, zmieniły je nie do poznania i nawet wytrawni znawcy leśnych ścieżek Doliny Małej Panwi mogą mieć problemy z rozpoznaniem terenu. A te stare drzewa, no cóż, nawet one, to trochę jakby umowa, bo czy drzewa, które mają 40 lat, są stare?

Przywitanie obok Kociej GóryDobra jest, w każdym razie wjeżdżamy do lasu obok Kociej Góry. Przy najbliższej wycince zatrzymujemy się i kierownik wita nas na rajdzie wskazując ręką na biegnący obok grzbiet, górski, chciałoby się powiedzieć i mówi: „tu jest Kocia Góra”. To jedno z najbardziej znanych wzgórz wokół Zawadzkiego i mało kto nie słyszał jego nazwy, ale nie wszyscy potrafią trafić w to miejsce. Kiedyś stanowiło miejsce zabaw, zwłaszcza zimą, gdzie można było tu zjeżdżać na sankach, dziś zostało zapomniane i straciło sporo ze swojej dawnej atmosfery, być może przez wycięte wokół drzewa, być może przez czas, bo dzisiaj dzieci i młodzież ma inne atrakcje, a o Kociej Górze wspominają raczej tylko starsi, być może ci właśnie, którzy kiedyś tu jeździli na sankach.

Sama Kocia Góra więc, formalnie znajduje się już na terenie Kolonowskiego, choć w powszechnej świadomości funkcjonuje jako góra z Zawadzkiego. Tak, tak, jadąc jesienią na grzyby na Kacynberg jedziemy do Kolonowskiego. Wznosi się na wysokość 218,8 m n.p.m. i jest jednym z najwyższych punktów gminy Kolonowskie. Najwyższy znajduje się niecałe 1,5 kilometra na północ od niej, ale nie ma swojej nazwy. Kocia Góra ma.

Mijamy więc ten jeden z najwyższych szczytów Kolonowskiego i kierujemy się w stronę Stawów Pluderskich. Położone między Pludrami a Pietraszowem przyciągają szczególnymi walorami krajobrazowymi. Połączone płynącą przez nie rzeczką Smolina, stanowią przepiękny kompleks porośnięty trzciną i krzewami, z wielką różnorodnością zamieszkujących je zwierząt i roślin. Dojeżdżamy do pierwszego z nich, piątego, ostatniego i robimy krótką pauzę. Poziom wody mizerny, susza widać mocno dała się we znaki, zresztą w samym lesie czuć suchość, że aż ją widać. Tak sucho jeszcze chyba nie było nigdy.

Po chwili ruszamy dalej. Dojeżdżamy do Regolowca, ale przed nim skręcamy, by obejrzeć pozostałe stawy. Na drodze jednak spotykamy niespodziankę – wielka koparka tarasuje przejazd. Leśnicy coś tam robią w lesie i Rajd Niespodzianka staje się takim nie tylko z nazwy. Chwila narady i zawracamy, od tej pory już w dużej mierze improwizując. Jak ma być niespodzianka, to niech jest. Ważne, że wszyscy są w humorze, nikt nie marudzi, a nawet zdają się być zadowoleni, że musimy plany układać od nowa.

Przy Stawie Pluderskim nr 1Zawracamy i jedziemy dalej w stronę Pluder. Mijamy nasycalnię podkładów kolejowych i napawając się aromatem unoszącym się znad poukładanych wzdłuż drogi smolnych podkładów wyobrażamy sobie, że jesteśmy w inhalatorni w kopalni w Bochni. I to za darmo. Sanatorium wkrótce się kończy i dojeżdżamy do drogi Pludry – Pietraszów. Słońce nadal praży, mimo że to dopiero poranek, samochodów na drodze, o dziwo, jak na lekarstwo, przejeżdżamy na drugą stronę, nikniemy w gęstym i obfitym lesie, a po paru zakrętach wyjeżdżamy obok kolejnego stawu. Pierwszego. A dla nas drugiego. Pierwszy Pluderski Staw jako jedyny znajduje się po drugiej stronie i otwiera drogę do pozostałych. Jak wszystkie pozostałe, otoczony gęstym i dorodnym lasem, kończy się groblą, przy której się zatrzymujemy i robimy przerwę na sesję zdjęciową i… banana.

Staw Pluerski nr 3Posileni (bananem) ruszamy w dalszą drogę. Wyjeżdżamy z powrotem na asfalt i jedziemy w kierunku stawu nr 2. Tutaj kolejna pauza, kolejne zdjęcia, kolejna grobla. Tym razem grobla oddziela staw nr 2 od trójki. Ten drugi staw to dla nas już w rzeczywistości trzeci, a trzeci to czwarty. Próbujemy je policzyć i odkrywamy, że w grę wchodzi bardziej zaawansowana matematyka, zapamiętujemy więc co kto może, w nadziei, że na ostatnim stawie tajemnica się może wyjaśni. Nim jednak do niego dojedziemy, czeka nas jeszcze jedna grobla, między stawem trzecim a czwartym. Ten czwarty staw jest już piątym na naszej trasie, ale tabliczka przy poprzednim uparcie twierdzi, że „Staw Pluderski nr 3”. Robimy więc zdjęcie, żeby nie było niedomówień, po czym ruszmy dalej.

TitanicZa chwilę dojeżdżamy do jednego z najpiękniejszych miejsc w rejonie – do wysokiej skarpy przy piątym stawie. Dojeżdżając do niej po łagodnym wzniesieniu nic nie zapowiada kryjącego się za nim widoku. Dopiero tuż przed wierzchołkiem po lewej stronie wyłania się spośród drzew leżąca niżej tafla ostatniego stawu pluderskiego. Prawdziwy górski krajobraz. Piękno przyrody w prawdziwej postaci. Przejeżdżamy obok tej panoramy i w nagrodę czeka nas malowniczy i ostry zjazd ze skarpy zwieńczony dwoma zakrętami i po chwili zatrzymujemy się przy samym stawie.

Przyroda stawów w pełnej krasieTo już szósty na naszej trasie, a wszędzie mówili, że jest ich pięć. Na dodatek bardzo podobny do tego pierwszego, który mijaliśmy na początku. Mijamy go i znów jedziemy na Regolowiec. To jedna z dzisiejszych niespodzianek. Nie mieliśmy jeszcze rajdu, żeby dwa razy jechać tą samą trasą. A dziś tak było. Przed Regolowcem skręcamy na Kolonowskie i dojeżdżamy do starej wieży obserwacyjnej, a raczej miejsca, w którym kiedyś stała. Dziś ostały się tylko resztki fundamentów i góra, na której stała. Z drogi nic nie widać. Trzeba zejść z roweru i podejść piechotą, ale nikomu z nas się nie chce, więc siadamy z powrotem na rowery i wjeżdżamy do Kolonowskiego. Przejeżdżamy przez centrum, mijamy nieczynne tory na Strzelce i obok kościoła ewangelickiego skręcamy w prawo w kierunku Fosowskiego.

Grupa rajdowa przed wejściem do schronuObok stacji, za torami, rośnie lasek, w nim schrony przeciwlotnicze. Schrony nie rosną, ale zatrzymujemy się obok nich i zamierzamy je obejrzeć. Są otwarte, prowadzą do nich kamienne schody, w środku przyjemny chłód i … ciemność. Po kilku krokach nie widać już nic. Bez latarki będzie ciężko. Dziś wszyscy mają jednak telefony, a w nich latarki i po chwili mroczne czeluście bunkrowych korytarzy ujawniają swoje oblicze. Korytarz jest kręty, prowadzi to w lewo, to w prawo, na szczęście nie ma odgałęzień, zgubić się nie da, trzeba tylko ciągle iść do przodu. Wkrótce dochodzimy do wyjścia, wychodzimy na zewnątrz i… na początku nie wiesz, gdzie jesteś. Odkrywcy w akcjiLas ten sam, ale nie ma rowerów i nie wiadomo, gdzie są. Kilka metrów dalej znajduje się wejście do drugiego schronu, więc wchodzimy i do tego drugiego. Tutaj jest już trochę więcej śmieci, widać schron częściej odwiedzany, potłuczone szkło i nieprzyjemne zapachy. Wychodzimy z drugiej strony obok biegnącej niedaleko asfaltowej dróżki i szukamy rowerów. Liczymy się, czy nikt nie został pod ziemią, wsiadamy na rowery i jedziemy do Jaśka – gdzie znajduje się meta rajdu.

Na wjeździe spotykamy prezesa PTTK, który już czeka na nas z ekipą, zasiadamy do stołów, na które po chwili wjeżdża kiełbasa z grilla. Posileni chwalimy się przeżyciami i czym kto widział. Na koniec prezes losuje wśród uczestników nagrody i upominki i tak rajd dobiega końca. Niespodzianka się udała.