Rajd Znienacka - Nienacek
Jedziemy na Nienacka
Niedzielny poranek przywitał nas miłym słoneczkiem, jednak im dalej posuwało się ono na niebie, tym bardziej chowało się za nasuwającymi się chmurami, aż w końcu całkiem za nimi zniknęło, a nam pozostała ponura aura nie do końca jeszcze zrezygnowanej zimy. Tak czy inaczej o czternastej - to już tradycyjna pora Rajdów Znienacka – spotykamy się przy Biedronce. Do samego końca trwaliśmy w niepewności, ilu chętnych się znajdzie na ten dość wymagający wypad. W planie bowiem jest Nienacek, najwyższa góra naszej gminy, jechać trzeba rowerem, bo żeby dojść tam piechotą, to trzeba się wybrać z rana, temperatura niewiele ponad plus sześć, zaciągnięte niebo i perspektywa, że nas jeszcze zmoczy, bo w prognozach pojawiły się opady. Już nawet parking przed Biedronką lekko skropiony, ale na miejscu okazuje się, że chętni są, nawet spora grupka, więc wkrótce ruszamy.
Pierwsza sprawa, to trasa. Chcemy jechać przez łąki i las, minąć Żędowice bokiem i dopiero w drodze powrotnej zahaczyć o Żędowice i asfaltem wrócić. Okazuje się jednak, że w Żędowicach czeka na nas jeszcze uzupełnienie grupy, decydujemy więc, że jedziemy na odwrót, najpierw do Żędowic, tam kompletujemy grupę i jedziemy na Nienacka. Tak też się dzieje. Pada komenda „start” i ruszamy. Elegancką drogą asfaltową dla rowerów czmychamy w stronę żędowickiego rynku, gdzie dołącza do nas Janusz. Trochę musimy na niego czekać, najpierw zza uchylonej furtki wyłania się głowa psa, za nią młoda opiekunka, potem chwilę nic, pojawia się druga białogłowa i wreszcie na żędowicki rynek wytacza się rower, a za nim czerwona kurtka i Janusz.
Dobra, jesteśmy wszyscy, więc ruszamy dalej. Przejeżdżamy pod stację PKP, dojeżdżając do niej wspominamy „Sztrekę 175” – niedawno powstałą piosenkę o zlikwidowanej linii kolejowej Strzelce – Fosowskie, ta linia też już nie funkcjonuje, stacja w Żędowicach zburzona, peron zarośnięty i zero perspektyw na przyszłość. Nawet połączenie na lotnisko do Pyrzowic, które miało tę linię uratować, nas ominęło, bo pociągi będą jeździć przez Lubliniec. Mijamy więc tory i z taką odrobiną nostalgii jedziemy w kierunku lasu. Żędowice wkrótce się kończą i wjeżdżamy w najgorszą chyba drogę polną w całej gminie. Ilekroć tu przejeżdżaliśmy, psioczyliśmy, że droga przy samej wsi, nie wypada, żeby była tak zaniedbana i że mogliby Plakonie ją naprawić. Z takim lekkim uprzedzeniem wjeżdżamy w nią, a tu… niespodzianka. Droga wyremontowana. Dziury zasypane, dołki wyrównane, kałuż nie ma, błota też. Jesteśmy pod wrażeniem. Autostrada to może nie jest, ale teraz da się nią już normalnie jechać.
Jedziemy więc dalej, dopiero przed samym lasem napotykamy na kawałek, który jeszcze został po staremu, mijamy go i wjeżdżamy do lasu. Tutaj zatrzymujemy się na krótki odpoczynek przy zabawnej łatce śniegu, który jakby zapomniał, że na dworze jest już prawie plus dziesięć. Rozglądamy się dokoła, szukamy oznak nadchodzącej wiosny, ale na razie wszystko jest szare, przyroda jeszcze się nie obudziła. Z przodu widzimy, jak ktoś wyjeżdża z leśnej dróżki i odjeżdża w siną dal, zupełnie, jakby się nas wystraszył. Z tyłu, od strony Żędowic, też ktoś idzie, jakiś piechur, po chwili dołącza do nas, okazuje się, że stary znajomy, rodowity Plakoń, idzie na spacer do lasu. Chwilę rozmawiamy, po czym puszczamy go dalej. My chwilę jeszcze czekamy, po czym też ruszamy za nim. Doganiamy go niemal przed samą granicą, tempo ma niezłe, mijamy go, po lewej stronie wyłaniają się kielczańskie łąki, a z przodu wybijają się Napłatki.
Dojeżdżamy do granicy, gdzie spotykają się wszystkie granice, jakie tylko istnieją. Granica gminy, sołectwa, powiatu, województwa, leśnictwa, nadleśnictwa, dyrekcji okręgowej lasów – jedynej granicy, której tu nie ma, to granica państwa. Stoimy na „skrzyżowaniu” i debatujemy, gdzie dokładnie ta granica przebiega, a to właśnie na tym odejściu spotykają się cztery miejscowości: Żędowice, Kielcza, Dąbrówka i Świbie. W prawo odbija mocno zasłonięta krzewami droga w głąb lasu, od razu pnie się prosto w górę, ale rowerem nie da rady po niej wjechać, trzeba piechotą, pokryta jest warstwą piachu. Starzy zdobywcy Nienacka już to miejsce znają, ale nowicjusze są zaskoczeni, to teraz trzeba piechotą? Nie, nie trzeba, jak kto chce, może rowerem, ale nikt nawet nie próbuje, wszyscy prowadzą swoje jednoślady przez piach na górę. Na górce zatrzymujemy się, to tutaj jest Nienacek. Stawiamy rowery na przemiłej mini polance. Resztę drogi trzeba już nie tyle piechotą, co nawet bez rowerów. Nienacek położony jest jakieś 100 metrów od drogi i wymaga, jak na przyzwoitą górę przystało, podejścia pieszego.
Wchodzimy więc w las i idziemy na szczyt. Jesteśmy ciekawi, czy nasza tabliczka, którą zatknęliśmy na szczycie pół roku temu, nadal tam stoi. Skradamy się między drzewami, przemykamy między krzewami i wypatrujemy szczytu. Wreszcie ktoś krzyczy, „jest, stoi”, tam za drzewami, tabliczka stoi! Gdzie? Nie widzę? A… tam, no faktycznie, jest, teraz widzą już wszyscy, nasze wiekopomne dzieło stoi nadal nietknięte – NIENACEK 254 m n.p.m., głosi dumny napis. A nas duma rozpiera i w jednej chwili ponura szaruga niedzielnego popołudnia znika, jak ręką odjął. Robimy zdjęcia przy tabliczce, napawamy się tym niepowtarzalnym uczuciem, którego nie zrozumie nikt, kto nigdy nie stanął na jakimkolwiek górskim szczycie. Po chwili pada wniosek, że trzeba Nienacka zgłosić do Korony Gór Polskich, i schodzimy powoli do rowerów.
Zjeżdżamy w stronę Koło Teichu, przy rozległej wycince zatrzymujemy się na chwilę i robimy zdjęcie „Królewna Śnieżka i siedmiu krasnoludków”, po czym zjeżdżamy w stronę Leśnictwa Mosty. Po drodze mijamy wyschnięte niecki starego, śródleśnego stawu, który jeszcze kilkadziesiąt lat temu uświetniał w tym miejscu leśny krajobraz. Dziś pozostała po nim stepowata łąka. Jedziemy dalej, pokonujemy kolejne zakręty i wzgórki aż wreszcie wyjeżdżamy tuż pod Żędowicami na barucką drogę.
Po prawej stronie w niebo wzbija się wieża żędowickiego kościoła, wokół niej zabudowania, a na wprost, w oddali sterczy hutniczy komin – jedyne, co oprócz PTTK-u „Huta Andrzej” pozostało po naszej hucie i latach jej świetności. Przecinamy asfalt i zjeżdżamy w stronę Zawadzkiego. Mijamy Jackową Górę, obok której skręcamy w prawo. Droga prowadzi łagodnie w dół, za chwilę jeszcze jeden zakręt w lewo, potem w prawo i wysypujemy się na łąki przy Siedlungach. Jeszcze parę razy obracamy pedałami i wyjeżdżamy przy kościele NSPJ. Jesteśmy na miejscu. Podjeżdżamy pod plac przy Biedronce, gdzie cała przygoda się zaczęła i idziemy do Madagaskaru, gdzie czeka na nas poczęstunek. Siadamy przy stole, wyciągamy kiełbasy, żeberka i co tam kto przyniósł, Seba zajmuje miejsce przy palenisku i przejmuje rolę kucharza. Oglądamy zdjęcia, wysyłamy je znajomym, i snujemy plany na przyszłość.
Impreza się udała, do zobaczenia następnym razem.





















