Rajd Andrzejkowy 2024

włącz .

Rajd Andrzejkowy - grupa rajdowa na starcieJeszcze się nam nie zdarzyło jechać na rowerach w śniegu. A tu taka niespodzianka. Wstajemy rano, zaglądamy za okno, a tam… biały puch. Niby nic takiego, w końcu mamy koniec listopada, a kiedyś o tej porze na polach zwykła leżeć już gruba warstwa śniegu, która nie dawała za wygraną aż do marca. Dzisiejszy śnieg nijak się ma do puchatej kołdry sprzed lat, ale jest zimno, na termometrze zaledwie zero stopni i jeszcze te chmury na niebie. Całe szczęście, że te ostatnie jakby się zaczynają rozrzedzać, a słońce z każdą minutą coraz śmielej próbuje zza nich wychynąć. Może nie będzie tak źle. A Kielcza czeka. Nowe Łąki czekają. Meta w Lido przygotowana, trzeba zacisnąć zęby i ruszać.
Dobra, zbieramy się pod kinem, tu zaplanowano start i tu spotykają się obie grupy, kijkowa i rowerowa. Niektórzy na ostatni moment decydują się na zmianę, nie jadą rowerem, tylko idą pieszo. W każdym razie rajd się odbędzie, a gdy w końcu ruszamy, niebo jest już czyste. Grupa kijkowa rusza w stronę gazowni na Nowe Łąki, gdzie zamierza eksplorować ciekawą aleję poważnych drzew rosnących w poprzek łąki. Aleję tę widać z szosy na Strzelce, ale trzeba dopiero z szosy zejść i pofatygować się na miejsce, by móc dostrzec piękno i niepowtarzalny urok tej alei. Przy okazji dowiadujemy się, którędy ścieki z oczyszczalni ścieków spływają do Małej Panwi. Mocno już oczyszczone nadal znaczą swoją trasę i nie sposób nie zauważyć, że mimo wszelkich starań dosyć wyraźnie odcinają się na tle przyrody i przypominają, że w okolicy mieszkają ludzie.


Grupa kijkowa na Nowych ŁąkachAleja zaczyna się przy wylocie leśnej dróżki, przecina ów strumyk i wiedzie w poprzek łąk. Z prawej strony kłania się kilka dostojnych dębów (tam też kiedyś musimy zajrzeć), z lewej rozpościera się królestwo zajęcy, lisów, sarn, ptaków i mnóstwa innych, mniejszych zwierząt. Najlepiej obserwować je latem, po południu. Można usadowić się przy drzewach, wtedy zwierzyna nas nie widzi, można podejść na którąś z licznych ambonek, wtedy z podwyższenia widać całe łąki. Uzbroić się należy w cierpliwość, bardzo przydaje się lornetka, aparat z dużym zoomem.
Taras widokowy przy Małej PanwiDziś na łąkach biało. Lisów nie ma. Chyba siedzą w norach. Może im zimno. Przechodzimy na drugą stronę, wchodzimy do naprzeciwległego lasu i drążymy leśny dukt. Wkrótce wychodzimy na asfaltową drogę do Zamku Kąty, dziś jednak na zamek nie idziemy. Przecinamy asfalt na drugą stronę i brniemy dalej w kierunku Małej Panwi. Po drodze natrafiamy na linię wysokiego napięcia i przechodzimy pod nią. Niektórym takie współistnienie cywilizacji i przyrody w jednym miejscu się nie podoba, wydaje się, że jedno z drugim się kłóci, trzeba jednak przyznać, że akurat połączenie metalowej napowietrznej autostrady z otaczającym ją mnóstwem drzew wygląda naprawdę malowniczo i intrygująco.
Wkrótce dochodzimy do starej drogi wiodącej na zamek. Wychodzimy akurat na punkt widokowy na Małą Panew, którą możemy podziwiać w niemal zimowej scenerii. Stąd kierujemy się w stronę Nadleśnictwa, a potem to już wszyscy wiedzą: Lido. W Lido wszyscy już na nas czekają. Grupa rowerowa już przyjechała, prezes czeka, bo ma nagrody do wręczenia i, choć nikt się otwarcie do tego nie przyznaje, w kuchni czekają kotlety.
Grupa rowerowa w ŻędowicachGrupa rowerowa wyjeżdża w stronę Żędowic. Od niedawna możemy skorzystać z drogi rowerowej. Wiedzie ona od CPN-u aż do cmentarza w Kielczy i jest jedną z najlepszych inwestycji w naszej gminie. Jedziemy ją przetestować. Wjeżdżamy na nią tuż za CPN-em i już na początku jesteśmy zadowoleni. Wreszcie mamy drogę, na której rower nie podskakuje na kafelkach. Gładki asfalt pozwala na wygodną, spokojną jazdę. Po drodze mijamy parę zjazdów, co do których mamy parę wątpliwości, zupełnie jakby projektant nie wiedział, jak rozwiązać problem przecinania się ruchu rowerów na ścieżce z ruchem aut na poprzecznych drogach, ale uznajemy, że nie będziemy czepiać się szczegółów i nadal delektujemy się jazdą. Śnieg na ścieżce jest dość mocno rozjeżdżony, w zasadzie leży tylko po bokach, słońce świeci nam prosto w oczy, odbija się od mokrego asfaltu i zdaje się śmiać: „chcieliście słońca? No to macie”.
Proboszcz opowiada o historii kościoła w KielczyDojeżdżamy do Żędowic, zabieramy stamtąd kolejną grupę rowerzystów i jedziemy do Kielczy. Tam też elegancki asfalt, aż dojeżdżamy do cmentarza w Kielczy, gdzie skręcamy w stronę kościoła. Po drodze mijamy znak „droga jednokierunkowa” z dopiskiem „nie dotyczy rowerów” i nie możemy się nadziwić, jak ruch jednokierunkowy może być tylko dla niektórych. A gdyby tak jednokierunkowa tylko dla TIR-ów? Albo ruch prawostronny tylko dla autobusów? Znak stoi od jakiegoś już czasu, ale tubylcy jakoś dają sobie z nim radę. My też dajemy. Mijamy po drodze parę osobówek, które jadą „pod prąd”, a może nie, może to my jedziemy „pod prąd”, tak czy inaczej wkrótce zza zakrętu wyłania się drugi, „stary” cmentarz, za nim mijamy zabytkową chatę i zatrzymujemy się na parkingu obok kościoła.
W zabytkowej chacie w KielczyTutaj czeka na nas grupa Kamieni Szlachetnych ze Strzelec, która tym razem przyjechała samochodami. Rozdajemy pamiątkowe znaczki i czekamy na proboszcza, który obiecał nam powiedzieć parę słów o historii kościoła. I tak się staje. Ksiądz wychodzi, wita nas, zaprasza do środka i zaczyna opowiadać.
A że jest pasjonatem historii, wszyscy słuchają z zapartym tchem. Nie sposób powtórzyć wszystkiego, ale dowiadujemy się o starym, drewnianym kościele w Kielczy, o parafii, która swym zasięgiem obejmowała Żędowice i Zawadzkie, rozciągała się aż do Borowian. W Borowianach łączyły się aż trzy parafie, po jednej stronie ulicy domostwa należały do Kielczy, po drugiej do Radoni, a ulicę dalej było już Świbie. Potem przyszła wielka wichura w 1777 r., która niemal zrównała Kielczę z ziemią. Z kościoła nie pozostało nic, mieszkańcy z trudem odbudowali swoje domostwa, dostali specjalne pozwolenie na przyniesienie sobie budulca z lasu. Kościół takiego pozwolenia nie dostał, ponieważ zarządca powiedział, że kościół musi być murowany i tak powstał obecny kościół. Replika miecza z epoki brązuDowiadujemy się o najstarszym na Śląsku dzwonie, który wisi akurat w kościele w Kielczy. Na dowód proboszcz uruchamia ten dzwon, mieszkańcy Kielczy zapewne spoglądają na zegarki i zastanawiają się, co się stało, a my nausznie przekonujemy się, że proboszcz nie robi nas w bambuko. Dzwon ten dwukrotnie omal nie został przetopiony na amunicję, ale jakimś cudem podczas zarówno jednej, jak i drugiej wojny zdołał przetrwać, choć był już ściągnięty i zapakowany do wywózki.
Wdrapujemy się na średniowieczny kopiecPotem dowiadujemy się o księdzu Wajdzie, który zawitał do Kielczy w 1888 r. Jego imieniem nazwano kilka ulic w gminie i nie tylko. Zasłynął propolską działalnością, za jego kadencji zbudowano kościół w Zawadzkiem, jego kadencji sięgają też początki pierwszego kościoła w Żędowicach. To wtedy wydzielona została parafia Żędowice i parafia Zawadzkie. Dziś, jak to fajnie ujął kielczański proboszcz, parafia w Kielczy doczekała się już nawet swojej wnuczki – parafii NSPJ w Zawadzkiem.
Przy grobie ks. Józefa WajdyW późniejszym okresie ks. Wajda poświęcił się działalności politycznej, został posłem do niemieckiego parlamentu, a po plebiscycie musiał uciekać z Kielczy, ponieważ niemieckie bojówki groziły mu śmiercią. Resztę życia ks. Wajda spędził w Chorzowie, gdzie zmarł. Po wojnie jego szczątki zostały sprowadzone do Kielczy, gdzie dziś znajduje się jego grób.
Grób ks. Józefa WajdyPo wykładzie w kościele przechodzimy do zabytkowej chaty. Proboszcz otwiera nam drzwi, wchodzimy do środka i słuchamy o dalszych perypetiach Wajdy. W kuchni wita nas Franz Stuchlik, rzeźbiarz i stolarz, który kiedyś tu mieszkał. Jego dzieła do dziś tutaj się znajdują. Ksiądz proboszcz pokazuje nam replikę miecza z epoki brązu, który został znaleziony w Kielczy. Historia tego miecza jest dość skomplikowana, przechodził z rąk do rąk, odwiedził kilka muzeów (m. in. Bytom) i niestety nie dotrwał w całości do dziś. Obecnie znajduje się w muzeum w Nysie. W Kielczy możemy oglądać jego replikę.
Na średniowiecznym kopcuOddajemy miecz proboszczowi, dziękujemy za miłe przyjęcie i za przybliżenie historii Kielczy, po czym ruszamy na średniowieczny kopiec znajdujący się za cmentarzem. Badania archeologiczne, które zostały tu wielokrotnie przeprowadzone, wykazały, że jest to średniowieczny gródek stożkowaty, datowany na XIII – XIV wiek. Ma ponad 25 metrów średnicy i wysokość ok. 5 metrów. Strażnica, która się tu znajdowała, prawdopodobnie nie posiadała wałów, jak inne jej podobnych, gdyż głównym jej zabezpieczeniem były okoliczne bagna. Otaczała ją prawdopodobnie drewniana palisada. Podczas prac archeologicznych w 1957 r. znaleziono tutaj kilkadziesiąt kawałków naczyń glinianych oraz zwęgloną belkę oblepioną przepalaną gliną, będącą pozostałością po wznoszącej się niegdyś na szczycie kopca wieży mieszkalno-obronnej.
Certyfikaty za zdobycie NienackaDziś kopiec obsypany jest śniegiem, ale nasza grupa niestrudzenie wspina się na jego szczyt tworząc przy tym sympatyczny łańcuszek „sąsiedzkiej pomocy”. Na szczycie nie znajdujemy żadnych kawałków historycznej gliny, więc schodzimy i kierujemy się na stary cmentarz, gdzie zatrzymujemy się przy grobie ks. Wajdy, po czym wsiadamy na rowery i jedziemy do Zawadzkiego. W drodze powrotnej zaczyna prószyć śnieg, po słońcu nie ma już śladu, ale dojeżdżamy do mety i zasiadamy przy stole, gdzie czeka już na nas prezes PTTK.
Prezes wita wszystkich i zaprasza na smaczny obiad, a po posiłku wręcza nagrody i dyplomy za udział i zaangażowanie. Przygotowane są także certyfikaty dla pionierów zdobycia najwyższej góry gminy Zawadzkie – Nienacka, które otrzymują uczestnicy – zdobywcy tego wzniesienia w październikowym rajdzie. Po części oficjalnej rozpoczyna się czas na pogaduszki przy kawie, po czym powoli rozchodzimy się do domów. Rajd dobiega końca.

 

Reklama