Rajd Brata Pawła
Jest sobota rano, na dworze, choć tydzień temu było prawie dwadzieścia stopni, ledwo powyżej zera, i brakuje jeszcze, żeby z chmur wylał się deszcz. Pogoda, jakby to powiedzieć, nietrafiona, ale wszystkie te mankamenty odchodzą do lamusa, gdy przypominamy sobie, że dziś mamy rajd, Rajd Brata Pawła, trzeci już, poświęcony pamięci niezapomnianego kapłana z zamku w Kątach. Zbieramy się w parku pod kinem, w większości na rowerach, choć grupka kijkowa, która miała się nie pojawić, pojawia się także, w sile osób trzech. Liczymy się, są chyba wszyscy, nie tracimy więc czasu i zabieramy do wyjścia. Przed startem rozciągamy nasz nowy nabytek, oddziałową flagę PTTK, z napisem „Huta Andrzej”, jedyne, co pozostało po naszej hucie, no może z wyjątkiem komina, który nadal góruje nad krajobrazem Zawadzkiego i przypomina o dawnej świetności huty. Ciekawe, kto przetrwa dłużej, komin czy nasz oddział? Tak czy inaczej, rozciągamy flagę i ustawiamy się do pamiątkowego zdjęcia, po czym ruszamy w trasę.
„Kijki” idą prosto na zamek, bo czasu mają na styk, a rowerowcy wysypują się na asfalt obok stacji PKP, po czym przejeżdżają obok policji i skręcają w prawo w las. Opatuleni po uszy zaciskamy ręce na kierownicach i dzielnie pedałujemy. Nie damy się zimie, pokażemy, że postawimy na swoim. Przejeżdżamy obok świeżo rozkopanego Koronczoka, (chyba go niedawno czyścili), i wkrótce przecinamy granicę lasu, a przed nami otwiera się panorama Nowych Łąk. Jeszcze dobrze na nie nie wjechaliśmy, a stajemy jak wryci… przed nami, nieco po lewej stronie, na łące pasie się stado jeleni. I to ogromne stado! Same rogacze! Jest ich może dwadzieścia, może trzydzieści, na pewno dużo. Stoją na środku łąki i już nas dostrzegły. Zerkają w naszą stronę i pewnie sobie myślą: „o, ale stado ludzi, takie duże, dawno takiego nie widzieliśmy”. Widać, że wyraźnie są zmieszane. Mimo dużej odległości nie są pewne swego. Zaglądają to w jedną, to w drugą stronę, przesuwają się trochę w prawo, zawracają w lewo i tak kilka razy. Zupełnie nie wiedzą, czy uciekać, czy pozostać. A my wykorzystujemy ich niezdecydowanie i podziwiamy. Płowa sierść, wspaniałe rogi, gracja i jakaś królewskość w ich postawie napawają nasze oczy zachwytem. Zachwyt nie trwa długo. Instynkt samozachowawczy w końcu zwycięża. Ruszają na drugą stronę. Powoli zmierzają w kierunku drogi przed nami, przeskakują przez Koronczok i zamierają na drugiej łące. Znów patrzą prosto na nas, oceniają ryzyko i wreszcie czmychają w stronę lasu. Z lekkością przeskakują nad kolejnym rowem i w końcu nikną pomiędzy drzewami.
Chwilę jeszcze stoimy zafascynowani, i gdy aura emocji opada, ruszamy w dalszą drogę. Dość szybko ustalamy, że były to Renifery Brata Pawła i z taką wersją faktów jedziemy dalej. Przecinamy asfaltową szosę na Strzelce i wjeżdżamy do lasu. Zatrzymujemy się na chwilę przy Bagienku, gdzie przez chwilę kontemplujemy przy drewnianym krzyżu, a potem jedziemy do śródleśnego stawu z kawałkiem otwartej przestrzeni, gdzie robimy drugą pauzę. W lesie przybyło wody. Jeszcze tydzień temu susza w lesie była tak ogromna, że z trudem było znaleźć kawałek kałuży. Dziś woda stoi prawie wszędzie, a padało zaledwie dwa dni. Czy to dlatego, że ziemia jeszcze zmarznięta i woda nie wsiąka w glebę, czy może rzeczywiście aż tak dużo napadało? Nie potrafimy ustalić, ale za to stwierdzamy, że wiosna już jest coraz bliżej – tydzień temu spora część stawu pokryta była jeszcze taflą lodu, dziś nie został po niej ślad, znak, że dni stają się coraz cieplejsze.
Po krótkim odpoczynku ruszamy dalej. W stronę zamku, jest już niedaleko, poznajemy zakątki naszego heimatu. Skręcamy w prawo, w mało uczęszczaną dróżkę, zakrętów było już tyle, że niektórzy stracili orientację i podążają za przewodnikiem, „za tym panem w zielonym”, bo on ciągle sprawia wrażenie, że jeszcze wie, gdzie jest. Mijamy po lewej stronie wyschnięte mokradła przecięte wstęgą przepływającej tu rzeczki. Rzeczka, choć w urokliwym zakątku, nie pachnie. To następny kawałek Koronczoka, który zbierając śmieci z oczyszczalni wód toczy je wzdłuż Nowych Łąk, później lasem obok zamku w Kątach i w końcu wypuszcza je wśród leśnej dziczy do Małej Panwi w bliżej niezidentyfikowanym, za to trudno znajdowalnym miejscu.
Robi to skrycie, niepozornie, osłonięty gęstymi lasami, a zanim dodatkowe atrakcje dostarczone do Małej Panwi zdążą dopłynąć do Kolonowskiego, już mocno wtopią się w czystą malapańską wodę i śladu po nich nie widać. Mijamy więc ten zastrzyk „witamin” i wyjeżdżamy na doskonale wszystkim znany, leśny asfaltowy trakt, gdzie wreszcie wszyscy odzyskują orientację. Teraz już wiemy, gdzie jesteśmy. Do zamku zostało kilka minut. Po chwili spomiędzy drzew wyłania się strzelista wieżyczka zamku i dojeżdżamy do celu. Na zamku czeka już prezes, czeka gospodarz zamku, czekają kijki, które zdążyły dotrzeć do zamku przed nami i czeka grupa rowerowa ze Strzelec, która nie zwykła omijać rowerowych imprez organizowanych przez oddział.
Wchodzimy do środka, gromadzimy się w kapliczce, gdzie dziesiątką różańca wspominamy brata Pawła, a potem ustawiamy się do kolejnego zdjęcia, na schodkach kapliczki, już w pełnym gronie i w pełnej krasie. Nie zapominamy oczywiście o fladze, która odtąd staje się naszym orężem i gdziekolwiek się pojawiamy, znaczy nasze szlaki niczym chorągiew niezwyciężonych wojsk zdobywających kolejne krainy. My też zdobywamy kolejne kilometry, kolejne bagienka, kolejne ścieżki, łąki, zaułki, a z każdą nową zdobyczą coraz bardziej doceniamy, jak piękna jest nasza kraina, jak wiele kryje w sobie osobliwości, jak wiele historii w sobie skrywa. Czujemy się dumni, że to właśnie tutaj żyjemy i że to my możemy odkrywać jej piękno.
Grupa kijkowa zbiera się do wyjścia, bo choć trasę ma najkrótszą, to czasu nie naciągnie, a teraz żarty się kończą, bo następny przystanek to Oaza i czekający tam obiad. Rowery też wkrótce wyjeżdżają, Kamienie Szlachetne skręcają prosto w kierunku Zawadzkiego, widno też są głodne, ale grupa rowerowa z Zawadzkiego przecina asfalt i znów jedzie w poprzek, szukać kolejnych bagienek. Droga wcale rewelacyjna nie jest, wysypana tłuczniem, niezbyt przyjaznym rowerzystom, czasy po elegancko odpicowanych leśnych traktach z czasów poprzedniego nadleśniczego chyba właśnie odchodzą do przeszłości i powoli wraca siermiężna rzeczywistość znana jeszcze z czasów PRL-u, gdzie każda eskapada rowerem w las oznaczała co najmniej walkę o przetrwanie.
Mimo „niedogodności” nikt głośno tego nie mówi, wszyscy dzielnie stawiają czoła wyzwaniom, ale wnet za dzielność zostajemy nagrodzeni, gdy z lewej strony wyłania się rozległa łąka i mały na nią wjazd. Skręcamy i zatrzymujemy się przy uroczym stawie. Przed nami, jak okiem rozciągnąć, wielka i długa łąka przecięta w dali duktem dorosłych drzew, upstrzona ambonkami, z których można śledzić mieszkańców lasu, zwłaszcza latem, przy ciepłej pogodzie, a można tu spotkać chyba wszystko, co mieszka w naszych lasach, od zajęcy, przez lisy, sarny, dziki i jelenie nawet po wilki. W dali migają przejeżdżające auta, jesteśmy na Nowych Łąkach, ale na ich drugim końcu i w zasadzie moglibyśmy sobie przyznać order za ich zdobycie, czy ktoś oprócz nas tutaj jeszcze był?
Niedaleko po lewej stronie, stoi, leży, w zasadzie trudno powiedzieć, na wpół przewrócony dąb. Kilka lat temu uderzył w niego piorun i rozpołowił na dwie części. Te do dziś walczą z naturą, runąć czy nie i choć dąb już nie żyje, to jego potężny pień i ogromne konary nadal stawiają czoła grawitacji i włażącym na niego zewsząd nowym formom życia. Wynik tej rywalizacji jest przesądzony, ale naprawdę miło jest poczuć się częścią tej dramaturgi i znów, jak na Bagienku, zachłysnąć się jej atmosferą. Dobrze, że leśnicy nie uprzątnęli tego drzewa. Dobrze, że pozwolili mu tak pozostać.Przy stawie czeka na nas kolejny gość – wielki, biały łabędź. Na nasz widok zsuwa się powoli do wody, stroszy pióra i podpływa w naszym kierunku niczym Titanic przemierzający nocne morze wśród lodowych gór. Wydaje się dwa razy większy niż w rzeczywistości, jak Statua Wolności w Ameryce zdaje się nas witać na swoich włościach. W dali przez łąkę przebiega kolejne stadko, tym razem chyba danieli, widno nie tylko my dziś mamy rajd.
Dosiadamy rowerów i kontynuujemy trasę, znów po tym nieszczęsnym tłuczniu, mijamy kolejną śródleśną łączkę i wreszcie wyjeżdżamy na „prawdziwą” leśną drogę, gładką i przyjemną. Skręcamy w lewo i powoli dojeżdżamy do strzeleckiej szosy. Przecinamy ją, potem gazownia, Technodrew, Policja i wypadamy na Opolską przy Pawilonie. Teraz tylko przejść na drugą stronę i jesteśmy w Oazie.
Kamienie Szlachetne już tu są, prezes już jest. Dosiadamy się do stolików i wkrótce lądują na nich talerze z zupą, a potem smaczne kotlety. Na koniec dochodzą „kijki” i uzupełniają skład. Po obiedzie słuchamy prelekcji pana Dziedzica o historii Śląska, a na koniec nadchodzi czas konkursów. Tym razem przybiera formę quizu „kto pierwszy ten lepszy”. Trzeba odpowiedzieć na pytania związane z rajdem i Doliną Małej Panwi, a każda poprawna odpowiedź jest nagradzana upominkiem. Gdy kończą się pytania, zgromadzenie nabiera form bardziej towarzyskich. Rajd dobiega końca. Kolejna impreza zakończona sukcesem.
A za oknem – świeci słońce.